okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2011 >> 6/2011 >> Kiedy wiatr zawieje z Północy

poradniki

Bieżnik i ciśnienie mają znaczenie

Nawet najdroższy rower okaże się całkowicie bezużyteczny, jeśli wyposażymy go w nieodpowiednie opony. Zbyt zużyte lub z nieodpowiednim... »

Top 10 prezentów dla rowerzysty

Czy tylko ja w zamierzchłych czasach otrzymałem pod choinkę dętkę rowerową – i to z wentylem niepasującym do moich obręczy? Choć... »

Wyprawa numeru >> Nordkapp


Kiedy wiatr zawieje z Północy

Krzysztof Polak
Takie widoki wcale nie były częste

Co jest tajemnicą miejsca, które stało się najbardziej pożądanym celem rowerowych wypraw, wymarzonym kierunkiem prawie dwóch ostatnich dekad? Przecież nie kapryśna pogoda wymagająca ciągłej walki ze słabościami. Ani podjazdy z poziomu morza… Może symboliczny kraniec świata zawieszony kilkaset metrów nad Oceanem Arktycznym?

W połowie lipca stałem w terminalu lotniska w Bergen, odbierając swój rower. Bagaż składający się z czterech sakw i namiotu miałem już przy sobie. Niecierpliwie patrzyłem w kierunku okien, chcąc sprawdzić, jaka jest pogoda. Lało! Jednego z podróżnych zapytałem o drogę do centrum. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i polecił autobus. – To 40 kilometrów stąd – wyjaśnił. Jednak z odsieczą przyszedł mi młody wiking, również na siodełku, nieczuły na wątpliwe uroki aury. Podprowadził mnie do drogi rowerowej prowadzącej do centrum miasta.
Z Bergen wyjechałem następnego dnia, około południa. Zauważyłem, że kiedy droga rowerowa odłącza się od ulicy, to najczęściej tylko po to, aby ominąć tunel. Trzeba się było zatem wdrapywać na górę, żeby po chwili zjechać do poziomu jezdni. Kilkukilometrowy tunel wyłonił się przed miejscowością Vikanes. Skręciłem zgodnie z oznaczeniami i zacząłem zjeżdżać do poziomu morza – po późniejszym nadrabianiu wysokości miałem dość, ale gdy przebyłem kilka kilometrów w dół, okazało się, że silny wiatr wygonił chmury i – mimo wieczorowej pory – pokazało się błękitne niebo, a na nim słońce. Jadąc malowniczą drogą, położoną wzdłuż Austfjorden, niejednokrotnie wspinałem się na poziom stu metrów tylko po to, żeby zjechać znów do poziomu kilku. Po godzinie 22 dojechałem do Masfjordnes – wioski, z której kursuje prom na drugą stronę fiordu o tej samej nazwie. Nadciągały chmury, rozstawiłem namiot na świeżo skoszonym trawniku, kilkadziesiąt metrów od przeprawy promowej.

 



Zdjęcie: Krzysztof Polak