okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2011 >> Jedyny Polak w brytyjskim gigancie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

W cztery oczy >> Grzegorz Buraczyński


Jedyny Polak w brytyjskim gigancie

Mirosław Wlekły
Grzegorz Buraczyński przede wszystkim ściga się dla przyjemności

Na rowerze zaczął jeździć dopiero dziesięć lat temu. – Po pierwszych kilku kilometrach umierałem ze zmęczenia – wspomina Grzegorz Buraczyński. Jego największy sukces – jako pierwszy Polak przejechał 1400-kilometrowy maraton z Londynu do Edynburga i z powrotem, najdłuższy amatorski rajd w Europie.

Ma 54 lata, mieszka w Oleśnicy, pracuje w pobliskim Wrocławiu. Półtora roku temu w rajdzie przez Wielką Brytanię Grzegorz Buraczyński po 101 godzinach i 10 minutach zameldował się na mecie. Przejechał prawdopodobnie najdłuższy amatorski rajd na świecie.

Ciężko było?

– Brytyjska pogoda jak zwykle nie rozpieszczała. Środek lata, a tu, na północy Anglii, znowu zrobiło się tak nieprzyjemnie pochmurno. Później nic, tylko siąpił szkocki deszcz. Ale chyba nikt z pięciuset rowerzystów o tym za bardzo nie myślał. Ponad czterystu z nas ukończyło maraton.

Przejechać taki maraton – pewnie trenuje Pan całe życie?

– Wcale nie. Od lat zajmuję się stresującą pracą związaną z zarządzaniem firmą. Do tego jestem nerwusem. Czasem aż serce chce człowiekowi z piersi wyskoczyć. Lekarstwo na to znalazłem dopiero dziesięć lat temu. Nie pamiętam już, dlaczego wybrałem właśnie rower. Dobrze przypominam sobie za to, że po kilku kilometrach umierałem ze zmęczenia. A moje dzieci tylko się ze mnie śmiały. Niewiele lepiej było podczas następnych przejażdżek. Ale nie odpuściłem.

Narzucił Pan sobie treningowy rygor?

– Nie, ale jeździłem na coraz dłuższe wycieczki. Raz wreszcie odważyłem się pojechać z kolegą do Zakopanego. Zajęło nam to pięć dni. W drodze powrotnej zakończyłem ostatni etap naszej jazdy po 200. kilometrze w Oleśnicy. Kolega pojechał dalej, aż do Brzegu Dolnego. Przejechałem 250! – chwalił się później, przesyłając mi e-maila ze zdjęciem licznika rowerowego. No to się zawziąłem. Wsiadłem na rower i pojechałem 330 kilometrów do Pragi. I tak się te długodystansowe jazdy zaczęły.

Gdzie Pan jeszcze popedałował?

– W ciągu 27 godzin nieprzerwanej jazdy dotarłem do Wiednia. Innym razem przez pięć dni dojechałem i wróciłem z Budapesztu. Okazało się, że chyba jestem stworzony do takiej jazdy.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Archiwum rodzinne Grzegorza Buraczyńskiego