okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2011 >> 3/2011 >> Gdy wabi tyle smaków...

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Luz na korbach


Gdy wabi tyle smaków...

Marek Zgaiński

Z wielu relacji z zagranicznych wypraw, publikowanych między innymi na łamach „Rowertouru”, ale też z rozmów z rowerzystami, którzy wybierali się poza granice naszej pięknej ojczyzny, wysnułem wniosek, że spora część cyklistów żywi się przywiezionymi z kraju puszkami i zupkami w proszku. Jak do tego wniosku doszedłem, zgroza mnie ogarnęła.
W latach 70. jeździłem z rodzicami pod namiot za granicę. Średnia pensja w przeliczeniu na dolary wynosiła wtedy jakieś 40, więc brało się z Polski wszystko – upychało bagażnik kabanosami, mielonką w konserwie, jajkami i nawet masłem solonym w termosie, żeby na obczyźnie jak najmniej cennych dolarów wydawać. Do dziś tamte wakacje kojarzą mi się ze smakiem suchych jak wiór kabanosów i mielonki turystycznej. No, ale czasy się zmieniły, w przeliczeniu na dolary zarabiamy nieco więcej, więc zupełnie nie jestem w stanie pojąć, po co taszczyć ze sobą puszki i torebki, gdy za granicą za podobną cenę można spróbować tego, co miejscowe i niepowtarzalne.
Rower jest jedynym pojazdem, którym podróżowanie zapewnia maksimum wrażeń. Jedzie się na tyle wolno, żeby wtopić się w krajobraz, nie ma żadnych szyb, więc można poczuć wszystkie zapachy mijanych okolic. Zawsze można stanąć, by dotknąć skały albo drzewa. Skoro na tyle zmysłów działa jazda rowerem, dlaczego katować zmysł smaku chińską zupką?
Przyznaję, że z atrakcji, w które obfitują rowerowe wycieczki, najbardziej, poza odkrywaniem uroków architektury, lubię uroki restauracji i barów. Nie wyobrażam sobie wycieczki po Republice Czeskiej bez knedlika ze swiczkową na smetanie i zeli. W Bretanii kusiły naleśniki z różnorakim nadzieniem, w Tunezji – placki
z jajkiem i ziemniakami, doprawione ostrą jak brzytwa harissą.
Jak można usiąść gdzieś w kącie obok roweru i zagotować wodę, by zalać proszek z makaronem na obiad, gdy wokół wabi tyle smaków? Jeśli planujecie wyprawę poza granice, to mam wielką prośbę: zostawcie puszki i torebki, zdajcie się na to, co zaoferuje Wam kuchnia miejsc, do których się wybieracie…