okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2011 >> W podróży wszystko się dobrze kończy

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Jedwabnym Szlakiem 2010 – przez Turkmenistan i Uzbekistan


W podróży wszystko się dobrze kończy

Anna i Robb Maciągowie
Nie zawsze może być z górki… Czasem trzeba ten wielki rower popchać

Wyjechaliśmy z Mashhadu w Iranie i wszystko mieliśmy zaplanowane. Ile kilometrów do granicy, kiedy i o której mniej więcej wjedziemy do Turkmenistanu, ile kilometrów dziennie musimy pedałować, aby przejechać go w pięć dni, bo wizę mamy tylko tranzytową.

Cały ten misternie ułożony plan zaczął się rozpadać, gdy przy wyjeździe z miasta okazało się, że do granicy jest 30 kilometrów dalej i z dwóch dni po 85 kilometrów zrobiły się dwa dni po 100. Niby różnica niewielka i te 100 to dla wielu żaden wyczyn, ale w gorącym kraju, gdy trzeba robić przerwy w środku dnia, bo upał nie pozwala pedałować, czasu nie ma się zbyt wiele.
Tak czy inaczej, napięliśmy łydki i pierwszego dnia zrobiliśmy równe 100 kilometrów. Rozbici przy posterunku wojskowym, wymęczeni, poszliśmy spać zaraz po zachodzie słońca i wciąż mocno wierzyliśmy, że jutro będziemy spać na granicy irańsko-turkmeńskiej. Ale koło południa zboczyliśmy do Robat-e Sharaf, niecałe siedem kilometrów od głównej drogi. Tylko po to, aby zobaczyć stary, XII-wieczny karawanseraj (zajazd dla karawan).
To, co na chwilę – było zaplanowane. To, co stało się naprawdę – już nie.
Karawanseraj stał pośrodku niewielkiej dolinki, wśród krajobrazu niczym z albumu o Jedwabnym Szlaku, i choć był w połowie ruiną, wciąż robił wrażenie. Tuż obok, kilka kilometrów dalej, przebiegały nowe jedwabne szlaki. Ten asfaltowy, pełen ciężarówek z chińskim, tanim, plastikowym dobrem lub rozbitymi samochodami, które w Turkmenistanie ktoś sprytnie wyklepie. Oraz ten metalowy, w kształcie rury, którą niedługo popłynie turkmeński gaz.
Zanim zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy przypadkiem nie zostać tu na noc, przybiegł Reza, młody opiekun tych ruin, i zapytał, czy nie chcemy tu zanocować.
– Oczywiście, nie w karawanseraju, bo zamykam go na noc, ale może obok? Z nami?
Od słowa do słowa, Negahban (starszy opiekun ruin) wręcz rozkazał nam zostać, rozbić namioty gdzieś niedaleko, iść się wykąpać. Jednym słowem – nie wygłupiać się, tylko zostać. My jakoś bardzo nie opieraliśmy się zaproszeniu i cały misternie ułożony plan turkmeński legł w gruzach.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Anna i Robb Maciągowie