okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2011 >> Razem 24 godziny na dobę

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

W cztery oczy >> Anna i Robb Maciągowie


Razem 24 godziny na dobę

Z Anną i Robbem Maciągami rozmawia Edyta Wasielewska
Z ostatniej podróży: Jedwabnym Szlakiem

Musieli pojechać aż do Londynu, aby się poznać, choć w Polsce mieszkali od siebie w odległości 60 kilometrów. 

Pod koniec ubiegłego roku wróciliście do Polski z podróży Jedwabnym Szlakiem. Nie było Was w kraju ponad osiem miesięcy, a właściwie jeszcze dłużej, bo przed wyjazdem przez kilka lat mieszkaliście za granicą. Takie powroty nie są łatwe?

Robb Maciąg: – Na razie bardzo łatwe. Wyjechałem z Polski dziesięć lat temu. Z ciekawości i przez przypadek. Właściwie to z miłości… i jakoś nie miałem po co wracać do Polski. I powoli zacząłem tęsknić za polskim spokojem, krajobrazem.
Anna Maciąg: – Wyjechałam z Polski w 2003 roku – podobnie jak Robb z ciekawości świata, ludzi i ich kultur. Powrót do Polski to powrót do bliskich, spokoju i natury, jednej z najbardziej dzikich w Europie.

Jaki był najtrudniejszy moment podróżowania Jedwabnym Szlakiem?

A. M.: – Trudno nie było tak naprawdę nigdy. Za to kilka razy rozczarowaliśmy się, i to nawet (raz) do łez. Najtrudniejsza była chyba pustynia Dasht-e Kavir w Iranie (upał) i wschodni Tybet (mrozy). Fizycznie.
Psychiczne trudności tkwiły jedynie w nas. Kilka rozczarowań, kilka zaskoczeń i czasem frustracje finansowe. Okazało się, że wzięliśmy za mało pieniędzy, a świat podrożał od naszego ostatniego wyjazdu...
R. M.: – Rozczarował nas trochę wschodni Tybet, a dokładnie buddyjscy mnisi w klasztorach. Jedyne, co na dzień dobry mieli nam do powiedzenia, to „paszi!, paszi!”, czyli „bilet!”. Zdarzało się, że potrafili być na nas źli, gdy postanowiliśmy popatrzeć na klasztor z zewnątrz.

Ani przez moment nie chcieliście zawrócić?

A. M.: – Zawrócić? Nigdy!
R. M.: – Raczej jechać trochę wolniej lub dalej…

Była to już Wasza druga tak długa wspólna wyprawa. Lepiej jeździ się razem czy osobno?

A. M.: – Ani lepiej, ani gorzej, za to bardzo inaczej. Wszystko zależy od tego, po co się jedzie. Czy chce się zdobywać przełęcze, czy chce się napiąć łydkę do granic możliwości, czy chce się z kimś to wszystko dzielić, czy przetrwać samemu.
R. M.: – Wszystko ma swoją cenę. Jedziesz sam – ludzie lepiej się tobą zajmą. Chętniej zaproszą do domu. Gdy jest ci źle, sam z tym wszystkim walczysz, ale też sam to wszystko pokonujesz.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Anna i Robb Maciągowie