Wyprawa numeru >> Hiszpania - szlak świętego Jakuba
Odważnym szczęście sprzyja
Janusz Cłapiński
 |
| Częsty widok – piaszczysty szlak. Rejon Nájera |
Podróż połączona z przeżyciami duchowymi to było coś, czego szukałem. W mojej głowie zaczął powstawać plan wyjazdu: dojedziemy do Hiszpanii, już na rowerach przejedziemy szlak świętego Jakuba. I wzorem średniowiecznych pątników wyrzucimy do oceanu drobne kamienie, symbolizujące nasze złe uczynki.
Każda podróż, czy ta najbardziej odległa, czy bliska, zaczyna się w głowie. Tam stawiasz pierwsze kroki, które są najtrudniejszymi ze wszystkich, jakie postawisz podczas wyprawy. One zadecydują, czy pozwolisz swoim marzeniom ujrzeć światło dzienne, czy zgasnąć w zaułku wyobraźni.
Pewnego październikowego wieczoru, popijając gorącą herbatę, błąkałem się po krainie internetu. Beztrosko wpisywałem różne hasła w wyszukiwarkę, aż w końcu moje palce wystukały wyrazy: podróż dookoła świata. Z błyskiem w oku wcisnąłem enter. Na ekranie monitora pokazało się kilka stron. Przeglądałem je po kolei, aż trafiłem na interesujący link: Camino de Santiago – szlak świętego Jakuba. Kliknąłem i nie miałem żadnych wątpliwości – muszę tam pojechać. Podróż połączona z przeżyciami duchowymi to było coś, czego szukałem i czego potrzebowałem. W mojej głowie zaczął powstawać plan wyjazdu: dojedziemy do Hiszpanii, przejedziemy Camino de Santiago na rowerach, we dwóch z Krzysztofem, moim bratem. We wrześniu, gdy temperatury nie będą już tak wysokie.
Nasze rowery to zwykłe, sztywne górale, które uratowaliśmy przed tragiczną śmiercią na jednym z norweskich wysypisk. Oprócz niezbędnego, podróżniczego ekwipunku zabraliśmy ze sobą również kieszenie wypchane entuzjazmem, chęć przeżycia wielkiej przygody i odwagę. O odwadze miał świadczyć sposób dotarcia do krainy Basków, gdzie rozpoczynała się nasza rowerowa pielgrzymka. Samolot za drogi. Autokar nie kursował do Saint-Jean-Pied-de-Port, maleńkiej miejscowości na granicy francusko-hiszpańskiej. Pozostała więc Renata, dokładniej – samochód. Nie byle jaki: historia tego auta mogłaby posłużyć za scenariusz niejednego filmu. Renia to renault 21 nevada z 1990 roku, które kupiłem za 500 złotych od zaprzyjaźnionego księdza.
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
Zdjęcie: Janusz Cłapiński