Wyprawa numeru >> Serbia i Macedonia
Od trąb do pereł, czyli z wizytą w bałkańskim kotle
Grażyna Pastuszka, Krzysztof Grabowski
 |
| Z Tetova do Gostivara (około 40 kilometrów) towarzyszyli nam przypadkowo napotkani albańscy rowerzyści |
To jeden z ostatnich autentycznych skrawków Europy, gdzie nikt nie udaje kogoś, kim nie jest. Nie widać tu gonitwy za pieniądzem, a to pozwala być otwartym i gościnnym ponad miarę oraz wyobrażenie przeciętnego zachodniego Europejczyka.
Rok wcześniej wybraliśmy się na film pod tytułem „Guča – pojedynek na trąbki”, którego akcja toczy się podczas największego na świecie festiwalu trębaczy. Po wyjściu z kina już wiedzieliśmy, dokąd warto pojechać przy najbliższej okazji. I tak tytułowa Guča i sierpniowy termin zostały wpisane do naszego kalendarza planów wyjazdowych na 2009 rok. Team to my: Grażyna i Krzysiek, nasze rowery, dwa aparaty fotograficzne, sakwy, namiot, kuchenka.
Zaczęło się – start o godzinie 22.37 z dworca PKP w Bielsku-Białej i przejazd do Zwardonia. W środku nocy czekała nas rowerowa przejażdżka przez granicę ze Słowacją, do Čadcy. Tam wsiedliśmy do kolejnego pociągu, tym razem do Żyliny, gdzie z kolei przesiadaliśmy się na ekspres do Bratysławy. Nie spodziewaliśmy się, że już na Słowacji przeżyjemy pierwsze przygody. Okazało się, że w tym kraju nie można wsiąść z rowerami do pociągu intercity. I tu nasz – wydawało się –niezawodny plan logistyczny, zakładający przejazd tylko czterema pociągami, uległ drastycznym zmianom. W sumie był dobry, tylko słowackie „Kontaktné centrum ZSSK” nie udziela jasnych informacji. Przed wyjazdem korespondowaliśmy z jego pracownikami, pytając między innymi o możliwości przewozu rowerów. Plan, mimo tych niepowodzeń, nadal pozostawał wspaniały, bo zwiastował więcej niespodzianek, takich jak noszenie rowerów po schodach na każdej kolejnej stacji. W końcu, po 24 godzinach od startu i pięciu przesiadkach, znaleźliśmy się w Belgradzie.
Belgrad powitał nas ciemną nocą i ulewnym deszczem. W takich okolicznościach przyrody musieliśmy dotrzeć na kemping w dzielnicy Zemun, sporo oddalonej od centrum miasta. Nocne poszukiwania wydawały się nie mieć końca. Około godziny pierwszej w nocy poddaliśmy się, rozbijając namiot gdzieś na małym skwerku pod wielkim modrzewiem. Po zaledwie pięciu godzinach snu już pedałowaliśmy do Nowego Belgradu, nad sam brzeg Dunaju.
Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”
Zdjęcie: Grażyna Pastuszka, Krzysztof Grabowski