Wyprawa numeru >> ze Stambułu na Lesbos i Chios
Wody dosyć, cienia jak na lekarstwo
Michał Sitarz
 |
| Widok na Błękitny Meczet w Stambule |
W nocy lądujemy w Stambule. Spod lotniska kursują autobusy do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów centrum. Pakujemy sakwy, kartony z rowerami do bagażnika i ruszamy.
Zaczyna świtać, wysiadamy na Taxim Square i zabieramy się za skręcanie rowerów. Do hostelu, w którym zarezerwowaliśmy nocleg, mamy niewiele ponad kilometr. Pedałujemy więc w atmosferze budzącego się do życia miasta. Zapachy piekarni, cukierni i lokalnych specjałów mocno działają na zmysły. Uliczki są wąskie, strome, o wysokich krawężnikach. Hotel Neverland ma miłą obsługę, dużą kuchnię do dyspozycji, darmowy dostęp do internetu, w powietrzu unosi się zapach kociej kuwety. Bo w koty Stambuł jest wyjątkowo dobrze zaopatrzony. W tle sączy się głos Lisy Gerard z wczesnego albumu Dead Can Dance. Znaczną część wystroju Neverlandu stanowią antywojenne postery i hasła. Jest i Che Guevara, są hipisi, symbole pacyfistyczne i przeciekające sklepienie z prowizorycznym zbiornikiem na wodę. Ruszamy w kierunku starego miasta, gdy zaczyna się robić bardzo gorąco. Zabytkowa część jest naprawdę niesamowita, spiętrzenie niebywale wielu atrakcji na małym obszarze (Hagia Sofia, Błękitny Meczet, Hipodrom) sprawia, że zapominamy o trudach podróży i upale.
Początkowo planujemy płynąć do Bandirmy, jednak wszystkie miejsca na promie są już zajęte (weekend), a na następny z wolnymi miejscami musielibyśmy czekać ponad 30 godzin. Pozostaje nam popłynąć do Mudanya, także na południowym wybrzeżu morza Marmara, jednak ponad 100 kilometrów na wschód od Bandirmy. Przed wejściem na prom wszystkie bagaże są prześwietlane. Kontrola ta ma jednak wymiar czysto symboliczny – strażnicy są tak zaabsorbowani rozmowami, że nie mają czasu śledzić podglądu zawartości bagaży na okazałych monitorach. Czy uprawnione było przewiezienie prawie litra benzyny? Czy mieliśmy prawo do posiadania noży w naszych podręcznych torebkach? Tego nie wiemy. Morze Marmara czaruje głębokim odcieniem zieleni. Przejeżdżamy przez urocze wioseczki, mijamy liczne meczety. Przy drodze jest wiele ujęć wody pitnej, jednak w początkowych dniach podróży wolimy dmuchać na zimne i pijemy wyłącznie wodę butelkowaną.
Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”
Zdjęcie: Michał Sitarz