okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

strona główna >> 7 (17)/2009 >> Rowerem za koło podbiegunowe

nowości

Nowy kask od Kasku

Bohater tegorocznego Tour de France, Chris Froome po zdobyciu żółtej koszulki lidera musiał oddać ją tylko na dwa etapy Włochowi Fabio... »

Luźny styl

Luźna koszulka techniczna firmy Dartmoor przekonuje do siebie nierowerowym wyglądem, a jednocześnie… właściwościami koszulki rowerowej.... »

Koszulka nawadniająca

Jeśli lubisz mieć pod ręką ustnik bukłaka, a jednocześnie w plecaku nie czujesz się dobrze na trasie, warto rzucić okiem na nową koszulkę,... »

poradniki

Wszystko, co się świeci

Bauke Mollema – holenderski kolarz wraz z kolegami z grupy Trek-Segafredo przygotowując się do jazdy na czas w tegorocznym Giro d'Italia, nie... »

Kompletujemy narzędzia

Korzystanie z roweru nie ogranicza się jedynie do zdobywania kolejnych kilometrów. Bez względu na to, czy jeździmy na nim do pracy czy... »

Wyprawa numeru >> Lofoty - Nordkapp


Rowerem za koło podbiegunowe

Michał Sitarz
Tabliczka już jest, ale do Nordkappu jeszcze kawał drogi

Dotarcie do najdalej na północ wysuniętego skrawka Europy to drugi etap naszej rowerowej podróży z Trondheim na Nordkapp i drogi powrotnej przez Finlandię oraz kraje nadbałtyckie. Pierwszą część relacji opublikowaliśmy w styczniowym numerze „Rowertouru”, kiedy dotarliśmy słynną malowniczą drogą numer 17 do Bodø i pokonaliśmy ponad 800 kilometrów w 10 dni. Przed nami Lofoty, Vesterålen i Nordkapp. Ponad 1400 kilometrów pedałowania i widoki, o których wcześniej myśleliśmy, że mogą się tylko przyśnić.

Stolica Nordlandu, Bodø. Już po północy. Prom opóźnia się, w kolejce stoi z nami Nick – sakwiarz ze Szkocji. Na promie niewiele pospaliśmy, wstajemy parę minut po godzinie szóstej rano. W oddali już majaczą kształty Lofotów. Potężne skalne ściany i wybijające się ponad taflę morza strzeliste iglice archipelagu sprawiają wrażenie niedostępnej twierdzy. Do brzegu przybijamy po godzinie siódmej. Kiedy ostatni samochód zjeżdża z promu, w porcie zostajemy tylko ja, Ola i Nick. Nasz towarzysz udaje się na drzemkę w okolice pobliskiego kościółka, my wskakujemy w śpiwory i ogrzewani promieniami porannego słońca zasypiamy na portowych ławkach.
Po regenerującym śnie raczymy się pyszną kawą. Po kilku kilometrach jazdy pustą drogą wyłania się widok na Reine. Ta przepięknie położona wioska uznawana jest za jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc Norwegii. Potężne skały wznoszą się majestatycznie ponad zatoką. Czerwone rorbu, domki rybackie na palach, wspaniale komponują się z otoczeniem. Wokoło całkowita pustka, cisza, nasycenie błękitu przekracza próg realizmu. Oto mamy przed sobą piękno świata. Czyżby to mityczna Valhalla?
Droga staje się wąska i kręta. Kolor wody i jej przejrzystość aż trudno opisać. Jest i symbol Lofotów – dorsze, suszące się na drewnianych rusztowaniach, jednak chyba tylko jako atrakcja turystyczna (wątpliwa zresztą, bo nie wyglądają zbyt świeżo). Nie jest to sezon połowów i nigdzie więcej już ich nie widzimy. Spotykamy za to rowerzystów z niemal wszystkich zakątków globu. W sąsiedztwie miejscowości Ramberg koniecznie trzeba poświęcić nieco czasu na spacer rajskimi plażami norweskiej Copacabany.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”
 



Zdjęcie: Aleksandra Nikitin i Michał Sitarz