okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

pierwszy rower
pierwszy rower
strona główna >> 1/2018 >> Nic nie widziałem, nic nie słyszałem

nowości

Limitowane buty

Rowerzyści uwielbiają limitowane edycje produktów – przynajmniej ci, którzy wyszukują nowości dla „Rowertouru”!... »

W drogę z ukochanym...

… pieskiem. Basil – znany producent sakw, koszy i akcesoriów do rowerów miejskich, zaprezentował koszyk na bagażnik,... »

Laweta dla cyklisty

Polska myśl techniczna nie ustaje w poszukiwaniach swojej niszy w rowerowym świecie. Mamy już świetne przyczepki pod sakwy, mamy sakwy, a... »

Dla wymagających

Nowa opona w rodzinie Schwalbe Marathon: GT Tour łączy zaawansowaną ochronę przed przebiciem (6/7 w skali Schwalbe Protection) z nowym profilem... »

Składak na doby

Słynne składaki amerykańskiej firmy DAHON będzie można w tym sezonie nie tylko kupować, ale też wypożyczać. Dzięki możliwości złożenia... »

Skutecznie i bez obijania

Zapięcie Axa Holding 1000 wyróżnia się możliwością wygodnego złożenia do niewielkich rozmiarów i umocowania na przykład na... »

poradniki

Lekka i oddychająca

Nikt z nas nie lubi, gdy mokra od potu odzież lepi się do ciała. Korzyści, jakie płyną ze stosowania termoaktywnego ubioru przemawiają za tym,... »

Qeridoo Kidgoo 2

 rowertest >> Qeridoo Kidgoo 2 »

Na szlaku >> Beskidy


Nic nie widziałem, nic nie słyszałem

Marek Rokita
W drodze na Przehybę było tak pięknie, że pchanie roweru było nawet przyjemne

Po co jeździ się rowerem w góry? Nie tylko po pot i łzy, ale też po wiatr we włosach na zjazdach i dalekie panoramy widziane ze szczytów i przełęczy. A teraz wyobraźcie sobie, że to wszystko zostanie wam zabrane. I zostaną tylko pot i łzy. Czy nadal brzmi kusząco?

Wysiada pan w Pszczynie? – z pewnością w głosie zapytał mnie młody człowiek, zastawiając mój rower swoim i swojej niewiasty.
W zasadzie nie wiedziałem jeszcze, gdzie mam wysiąść. Odpowiedziałem więc, że tak, oczywiście, do Pszczyny jadę, bo dokąd inąd, przecież pociąg na tej trasie zatrzymuje się na jakichś 40 stacjach tylko. Powiedziałem to z pewną ulgą, chociaż mój trener asertywności (którego zresztą nigdy nie miałem i mam nadzieję, że nigdy miał nie będę) dałby mi burę, wstawił pałę i zalecił korepetycje.
No więc Pszczyna. Ładne to miasto, o czym dopiero teraz mogę się przekonać, ulegając perswazji miejscowego rowerzysty-pasażera. Na jednej pierzei rynku stoją cztery najważniejsze budynki – zamek, ratusz i dwa kościoły: protestancki i katolicki. Przejeżdżam przez dziedziniec pszczyńskiego zamku, w którym rezydował ród Hochberg von Pless. Jego burzliwe dzieje to temat na osobną historię, wielokrotnie zresztą już opowiedzianą, również na ekranie kinowym. Tu napiszę tylko, że jedną z niewątpliwych zasług książąt pszczyńskich (na czele z cesarskim wielkim łowczym, Henrykiem XI) jest uratowanie od wyginięcia żubrów. Pszczyńskie stado, egzystujące w okolicznych lasach i chronione przez specjalnie w tym celu opłacanych pracowników, przetrwało I wojnę światową i stało się – obok osobników z Białowieży – początkiem restytucji zagrożonego gatunku. Do dziś w rozległym i pięknym parku zamkowym znajduje się pokazowa zagroda. Ale ani żubrów, ani zamkowych wnętrz nie będę oglądał. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Marek Rokita