okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

strona główna >> 12/2017 >> Jingle Bells

nowości

Więcej światła

CatEye – japońska marka produkująca elektroniczne akcesoria rowerowe (głównie liczniki i lampki) odświeżyła swoją kolekcję... »

Toster turystyczny

Zabieranie ze sobą na wyprawę tostera może się wydawać sporą przesadą, jednak warto się dłużej zastanowić nad tym pomysłem. Gdy... »

Miejskie Shimano

Rowery typu Urban nie są często spotykane na polskich ulicach, ale zawsze przykuwają uwagę w katalogach: niegrzeczne, interesujące,... »

Pirelli dla cyklistów

Włoska marka opon samochodowych po latach przerwy powraca do rowerowego peletonu. Na początku ubiegłego wieku opony Pirelli jeździły w rowerach... »

Nowa kolekcja

Endura pokazała ubrania na sezon 2018, wśród których od razu wpadła mi w oko bluza Hummvee Hoodie 2018 – cywilny wygląd,... »

Gruby bagażnik

Szukasz bagażnika dostosowanego do naprawdę szerokich opon? Fatrack od Krossa został zaprojektowany do zadań specjalnych, gdy zwykłe gumy to... »

poradniki

Między biegami

W 2017 roku amerykańska marka SRAM ogłosiła wszem i wobec śmierć przedniej przerzutki. Hasło przyjęto z dużą ekscytacją, zwłaszcza w... »

Na finiszu


Jingle Bells

Weronika Leczkowska
 
Generalnie nie lubię zakupów, szczególnie jednak nie cierpię wchodzenia do marketów na przełomie listopada i grudnia. Wszędzie słychać okropną piosenkę „Jingle Bells”, która usiłuje wmówić mi, że to już święta (wywołując we mnie stan lekkiej paniki). Oczywiście mogę nadal spać spokojnie, bo do zakupu choinki jeszcze wiele tygodni zostało, staram się jednak w tym czasie unikać sklepów jak ognia (wysyłając na zakupy synów). Co roku robimy z mężem zakłady, kto mniej razy wysłucha tę kolędę. Oczywiście są to zawody z nagrodami, tak więc warto się starać. Sposobów na wygraną jest naprawdę wiele…
Jechałam spokojnie lasem, księżyc i gwiazdy świeciły wyjątkowo. Nie skupiałam się więc nadto na drodze, raczej na tym, co ponad nią. Mróz, ślisko, na szczęście, mimo mojego wieczornego roztargnienia, zimowe opony świetnie dawały sobie radę z lodem.
Trzy pary świecących oczu ujrzałam zbyt późno, by zawrócić, w sam raz, by stanąć. Prawdziwe trzy wilki stały na środku drogi i patrzyły na mnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że to może psy, w następnej jednak byłam pewna tego, co widzę. Stały  na tle księżyca wiszącego centralnie nad drogą i wyglądały jak ilustracja z baśniowego horroru, od razu budząc mój niepokój. Moja głowa (mimo braku strachu przed naturą) produkowała więc niesamowite wizje chwil następnych (tu odsyłam Was do lektury baśni o Czerwonym Kapturku). Nie było to moje pierwsze spotkanie z wilkami, ale poprzednie były dość pobieżne – ot, psiak przebiegł mi drogę, stado stojące gdzieś daleko pod lasem lub po prostu nocne zawodzenia. Najczęściej jednak widuję jedynie ślady ich łap. Tym razem zapowiadało się na coś bliższego i dłuższego, bo zwierzęta nie zamierzały odejść…
Zjedzą mnie, a ja nawet nie mam przy sobie dokumentów, by mnie zidentyfikowano – pomyślałam. Dobrze, że mój stary rower jest dość charakterystyczny i niejadalny.
Spojrzałam na swoją kurtkę – czerwona, bajkowa. Ciekawe, czy czerwony kolor prowokuje jakoś bardziej te zwierzęta? Sięgnęłam do kieszeni. Nie miałam tu nic, czym mogłabym się obronić. Telefon miałam. Wyjęłam go więc powolnym ruchem i wykręcam numer do męża. Nie odbiera. W takiej chwili nie odbierać!? Będzie żałował, gdy przyjdzie mu za kilka dni samotnie ubierać choinkę.
Tymczasem jeden wilk spokojnie odszedł w las (może te dwa też się znudzą i odejdą?), wyłonił się jednak po chwili z drugiej strony drogi. Tak jak te dwa z przodu, tak on z tyłu stał i patrzył. Otoczyły mnie, nie jest wesoło…
Delikatnie odłożyłam rower, rozejrzałam się za najbliższym wysokim drzewem i szybko oceniłam sytuację: spokojnie zdążę dobiec tam przed nimi. W chwili, gdy napinałam już mięśnie do ucieczki, usłyszałam głośny dźwięk telefonu wygrywającego znienawidzoną supermarketową kolędę – jakiś dowcipniś zmienił mi dźwięk dzwonka, bym przegrała w naszym konkursie! Wszystkie trzy wilki poderwały się jak oparzone i znikły, darowując mi w ten sposób nie tylko wolność, ale i życie.
Do tej pory nie miałam pojęcia, że zwierzęta również nie lubią nachalnej kampanii przedświątecznej i uciekają przed nią w las. Nie przypuszczałam również, że ta absolutnie znielubiona przeze mnie melodia uratuje mnie kiedyś z opresji!
Na zakończenie tej opowieści powinnam napisać o drobnych płatkach śniegu, które właśnie w tej chwili zakręciły się nade mną, i o dzwonkach z powozu Świętego Mikołaja, które usłyszałam zza drzewa, ale daruję sobie. Wesołych Świąt! 
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu: www.wronabezogona.pl.