okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Z Gruzji do Polski

poradniki

Brudna robota

Zgrzyty, piski lub przeskakujący łańcuch to tylko niektóre z oznak zaniedbanego napędu. Rozwiązaniem jest zazwyczaj regularne czyszczenie... »

Teksty Czytelników >> Od Kazbegi do Sieradza


Z Gruzji do Polski

Konrad Dąbek i Robert Saternus
 
W tym miejscu możecie przeczytać relacje Czytelników, których nie znajdziecie w papierowych wydaniach „Rowertouru”. Teksty są autorskie, a redakcje nie ingeruje w ich styl i język. Niech i one będą inspiracją dla Waszych wypraw i wycieczek. 
 
Nasza kolejna przygoda rowerowa zaczyna się już na dworcu PKP w Katowicach. Tam kończę podróż pociągiem z Sieradza, skąd pochodzę. Na dworcu odbiera mnie Robert, mnie i mój rower z sakwami. Sakwami pełnymi wspomnień z poprzednich wypraw i miejscem na wspomnienia z tegorocznej, z Gruzji do Polski. Po rozłożeniu roweru i spakowaniu wszystkiego do samochodu jedziemy do Mysłowic, gdzie mieszka Robert. To tam zaczyna się prawdziwa walka z czasem. Wylot późnym wieczorem, ale czasu mało, a pakowania jak zwykle dużo… Rozkładanie rowerów na części, sprawdzanie, czy wszystko jest, spakowanie całego bagażu. Limit wagowy wyczerpany! Co zrobić? Większość bagaży potrzebna, nie możemy zrezygnować z rzeczy. Na szybko i w ostatniej chwili dokupujemy jeszcze jeden bagaż u przewoźnika. Teraz wszystko się zmieściło! Jak się okazało na lotnisku, na styk. O godzinie 22:40 żegnaliśmy już nasz kraj z płyty lotniska w Katowicach. Lot nocny, widoki piękne, ale niestety zmiana czasu i wczesna godzina lądowania nie sprzyjają w odespaniu wcześniejszych dni. 
 
GRUZJA
Swoją przygodę w Gruzji zaczynamy na lotnisku położonym 10 kilometrów od Kutaisi. Po złożeniu rowerów i założeniu sakw mamy przerażenie w oczach, czy to wszystko aby wytrzyma? Nie wspomniałem, że pierwszym naszym celem było wejście na pięciotysięcznik Kazbek, a co za tym idzie, dodatkowy bagaż jakim jest cały sprzęt alpinistyczny oraz ciepłe i zimowe ubrania. Nie wygląda to za dobrze, rower i opony mocno dociążone bagażami i naszym ciężarem, ale mniejsza z tym, oby wytrzymało te 10 km do Kutaisi. Pierwsze kilometry po Gruzji i już przeżywamy szok, jeden wielki chaos na ulicach. Ostatnie trzy kilometry do miasta, to praktycznie same warsztaty samochodowe. Po dojechaniu do Kutaisi wsiadamy w pociąg i jedziemy w kierunku stolicy Gruzji – Tbilisi. 
Tbilisi wita nas deszczem i ponurą pogodą, nie wygląda to dobrze i nie jesteśmy z tego zadowoleni. Na całe szczęście nie planowaliśmy tam jazdy rowerowej, wystarczyło zwiedzanie pieszo z dwoma kompanami chętnymi razem z nami na atakowanie pięciotysięcznika. Dwóch kolejnych odważnych spotykamy już na stacji meteo pod Kazbekiem.
Tbilisi, piękne ponad milionowe miasto położone nad rzeką Kurą. Miasto, które ma w sobie to coś, coś co nas od razu zauroczyło i skłoniło do przemyśleń kiedy tu wrócić na dłużej. Niestety dwu dniowy pobyt był za krótki i nie udało nam się zwiedzić stolicy w całości. 
Jednym z miejsc, w którym byliśmy w Tbilisi była największa budowla sakralna w Gruzji – Sobór Trójcy Świętej. Położony w centrum miasta na wzgórzu św. Eliasza, z którego rozciągają się piękne widoki na miasto oraz okolice. Wieża zegarowa, to kolejne warte zobaczenia miejsce, idealne dla osób ceniących sztukę Salvadora Dalego, chociaż jego sztuką nie jest. Dla pasjonatów fotografii znajdą się również liczne drewniane balkony, które są cechą charakterystyczną tamtejszej architektury. Po szybkim zwiedzeniu stolicy ruszamy taxi do miejscowości Stepancminda (Kazbegi). Do tej pory zadaję sobie pytanie jak to wszystko zmieściło się do tego samochodu! czterech pasażerów, złożone rowery z sakwami plus dwa duże plecaki kompanów. Da się! 
Kazbek zdobyty, ale nie miejsce tutaj o tym pisać. 
Po udanej wyprawie na Kazbek czas na główny etap wycieczki, powrót do Polski! Jej początek miał miejsce właśnie w miejscowości Stepancminda. To właśnie stamtąd rozciąga się piękny widok na bardzo znany kościół Cminda Sameba z XIV wieku, kościół położony jest na wysokości 2170 m n.p.m.          
Wjeżdżając na Gruzińską Drogę Wojenną kierujemy się w „dół” w stronę miejscowości Mccheta. Żeby było z górki najpierw jeszcze musieliśmy podjechać na przełęcz Jvari znajdującą się na wysokości 2395 m n.p.m. Nie powiem, że podjazd zaskoczył mnie i już na początku było troszeczkę nerwów. Sama droga przepiękna, niesamowite widoki na rozciągający się Wysoki Kaukaz, zielone zbocza gór oraz liczne krowy po drodze leżące sobie na asfalcie i co najciekawsze nie reagujące na samochody i rowery oczywiście, tzw. slalom pomiędzy krowami (częsty widok przejeżdżając przez gruzińskie wsie). Jedyny minus, to wzmożony ruch samochodów ciężarowych kierujących się w stronę granicy z Rosją jak i wracających od sąsiadów. 
Jadąc już w dół zatrzymujemy się jeszcze w malowniczo położonej twierdzy Ananuri. Forteca pochodząca z przełomu XVI i XVII wieku świetnie wpisuje się w krajobraz jeziora z pięknym Kaukazem w tle. Będąc tam nie mogłem sobie odmówić sesji zdjęciowej na koniu, jako kaukaski wojownik w tradycyjnym gruzińskim stroju.

Zdjęcie: Konrad Dąbek i Robert Saternus

1  2  3  4  5  następna »