okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

strona główna >> 11/2017 >> Z Edenu do sali pożegnań

nowości

Więcej światła

CatEye – japońska marka produkująca elektroniczne akcesoria rowerowe (głównie liczniki i lampki) odświeżyła swoją kolekcję... »

Toster turystyczny

Zabieranie ze sobą na wyprawę tostera może się wydawać sporą przesadą, jednak warto się dłużej zastanowić nad tym pomysłem. Gdy... »

Miejskie Shimano

Rowery typu Urban nie są często spotykane na polskich ulicach, ale zawsze przykuwają uwagę w katalogach: niegrzeczne, interesujące,... »

Pirelli dla cyklistów

Włoska marka opon samochodowych po latach przerwy powraca do rowerowego peletonu. Na początku ubiegłego wieku opony Pirelli jeździły w rowerach... »

Nowa kolekcja

Endura pokazała ubrania na sezon 2018, wśród których od razu wpadła mi w oko bluza Hummvee Hoodie 2018 – cywilny wygląd,... »

Gruby bagażnik

Szukasz bagażnika dostosowanego do naprawdę szerokich opon? Fatrack od Krossa został zaprojektowany do zadań specjalnych, gdy zwykłe gumy to... »

poradniki

Między biegami

W 2017 roku amerykańska marka SRAM ogłosiła wszem i wobec śmierć przedniej przerzutki. Hasło przyjęto z dużą ekscytacją, zwłaszcza w... »

Na finiszu


Z Edenu do sali pożegnań

Sławomir Bajew
 
Odkąd pamiętam, spotykałem ludzi, którzy o nim mówili. W przeróżnych kontekstach. Był czasem dla mężczyzn, czasem dla kobiet, zdarzał się dla wędkarzy i kolarzy. Oryginał z Adamem i Ewą pozostawał niedoścignionym wyzwaniem dla wyobraźni. Do niedawna nie miałem bladego pojęcia, jak to jest, gdy tam trafiasz. Czy to możliwe, że cała sprawa to tylko kwestia szyldu? Nawet się nie spodziewałem, że snop światła zostanie skierowany na przynajmniej część nurtujących mnie rajskich zagadnień dzięki rowerowi. 
Późnym latem jechaliśmy z kumplem przez deszczową Polskę. Konkretnie z Poznania do Puław. Nie do końca było nam po drodze, ale coś ciągnęło nas w Góry Świętokrzyskie. Rozkład dnia, spadek formy i coś tam jeszcze spowodowało, że uszedłszy spod Łysicy czarownicom zlatującym się na sabat, zakończyliśmy dzień w jednym z większych miast regionu. Zmierzch zapadał równie szybko, jak kończyły się siły. Głównie moje. Z wywiadu ulicznego wynikało, że do najbliższego w miarę taniego (o taki nam właśnie chodziło) noclegu jest jeszcze z pięć kilometrów. W życiu nie dojadę! O, jakiś hotel marudzi w parku. Owszem, apartament jeden został za 280 złotych. Aż tak zmęczony nie jestem. Wzdycham i prawie po ciemku ruszamy.
Stop. Nie trzeba. Na rogu kołysze się szyld: „Eden”. W progu (chyba nie odleciała na sabat) złożona w scyzoryk staruszka o cerze suszonego pomidora, z papierochem w zębach. Całkiem spokojnie poleca nocleg za niewygórowaną cenę 20 złotych od łebka. 
W korytarzu mdłe światło pozwala nam trafić pod trójkę. Nad drzwiami szklana lukarna, jak w internacie. Zza ściany i drzwi sąsiedniej czwórki słychać podniesione męskie głosy. Jak nic, żłopią gorzałę. Omawiają bez krępacji swoje małżeńskie klęski i topią je, jedna po drugiej, w kieliszkach. Wstyd trochę wyznać, ale zwalam się do łóżka w opakowaniu. Nieprzytomny ze zmęczenia nie dostrzegam mało gustownych olejnych lamperii w majtkoworóżowym kolorze i brudnej pościeli. Gaszę się dwoma gaśnicami i zatykam uszy zatyczkami. Zapadam w rajski sen. Rano ciut zmieszany, że zasnąłem w stroju, biegnę pod prysznic. Uderza mnie smród lizolu pomieszanego z chlorem. Wyganiam karaluchy i staję pod chłodną wodą. Nie marudzę, ale gdy, wracając do pokoju, postrzegam przed nim panienkę z klientem oczekujących, aż opuścimy pokój, chcę szybko stąd wyjechać. Zaczyna mnie oblepiać atmosfera tego miejsca. 
Roweru nie zastaję w miejscu, gdzie go zostawiłem wieczorem. – Jest tam dalej – wskazując na drzwi w głębi, rzuca słowem pomidorowa staruszka. Wchodzę. Pomiędzy opartymi o ścianę trumnami stoją rowery. Przez uchylone drzwi widzę w sąsiednim pomieszczeniu kamienny stół do ubierania nieboszczyków i strzałkę z napisem „Sala pożegnań”. Wyczuwam słodkawy zapach. Muszę wyjść. Na powietrze. Na rower. Do południa czuję na sobie zapach „Edenu”. Smak pałęta mi się w ustach do kolacji. Wielowymiarowość tegoż „Edenu” zastanawia mnie do dziś. Wczoraj wybawienie, dziś piekło. Miejsce pożegnań i powitań kumpli, kochanków, rodzin. Wszystko w jednym miejscu: nawet z noclegiem. I do tego tanio. Kochani, podróże kształcą! Ważne, żeby jechać. Eden sam się znajdzie. Każdy taki, na jaki zasłużył. 

Sławomir Bajew – dziennikarz Radia Poznań, prowadzi Listę Przebojów i pasmo południowe, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.