okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1 (11)/2009 >> Drogą nr 17, gdzie słońce nie zachodzi

poradniki

Brudna robota

Zgrzyty, piski lub przeskakujący łańcuch to tylko niektóre z oznak zaniedbanego napędu. Rozwiązaniem jest zazwyczaj regularne czyszczenie... »

Na szlaku >> z Trondheim do Bodø


Drogą nr 17, gdzie słońce nie zachodzi

Michał Sitarz
Widok niedaleko przystani w Anddalsvåg

Naszą kolejną rowerową przygodę rozpoczynamy niedaleko miejsca, do którego udało nam się dotrzeć w ubiegłym roku („Fiordy Skandynawii”, „Rowertour” nr 6/2008). Spełniamy więc daną sobie obietnicę – że jeszcze tu wrócimy. W Trondheim, mimo pełni lata, jest około 12 stopni Celsjusza, na niebie nie ma ani jednej chmurki. Temperatura trochę działa na naszą wyobraźnię: skoro tutaj jest tak zimno, jak będzie dalej, na północy?

Z Trondheim jedziemy do Bodø, przed nami ponad 800 kilometrów, trasą wiodącą w znacznej części wzdłuż słynnej drogi nr 17 (Rv. 17, Kystriksveien), uchodzącej za jedną z najpiękniejszych na świecie. To pierwszy etap naszej rowerowej wyprawy zakończonej po 47 dniach i 4600 kilometrach. Etap, który polecamy każdemu, kto dobrze czuje się na dwóch kołach, a ciekawość świata nie pozwala mu usiedzieć na miejscu.
Na lotnisku w Balicach jesteśmy po godzinie siódmej rano. Płacimy za rowery, nadajemy bagaże i czekamy na lot. Z Krakowa lecimy razem, a z Oslo już, niestety, innymi samolotami – podobno na pokład można zabrać tylko jeden rower! Na szczęście Ola leci do  Trondheim zaledwie 50 minut po mnie, więc nie ma tragedii. Samolot z Krakowa ma jednak godzinę opóźnienia i trzeba się będzie nagimnastykować, żeby zdążyć na lot Oslo – Trondheim. Cudem zdążyłem w ostatniej chwili. Szczęśliwe lądowanie, odbieram bagaże i zajmuję się składaniem roweru. Po dłuższej chwili patrzę, a na taśmie bagażowej leży komplet sakw Oli, które miały przylecieć z nią za kilkadziesiąt minut. Widać, wrzucili wszystkie hurtem, pomyślawszy zapewne, że skoro czerwone, to z pewnością wszystkie powinny lecieć razem. Ola przylatuje punktualnie, składamy drugi rower, wymieniamy trochę waluty i ruszamy. Na odcinku z lotniska do centrum Trondheim jest świetnie utrzymana ścieżka rowerowa. Przedmieścia miasta już niedaleko, prawie 30 kilometrów za nami, na obozowisko wybieramy zaciszne miejsce z widokiem na malowniczą zatokę.
Około godziny czwartej rano zbierają się ciemne chmury. Jednak zamiast deszczu mamy kolejny dzień pięknej pogody. Kluczymy trochę po podmiejskich uliczkach Trondheim, ale wszędzie są ścieżki rowerowe, więc jedzie się bardzo przyjemnie.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Michał Sitarz i Aleksandra Nikitin