okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

strona główna >> Śladem ginących rzek

nowości

Minitorebka podsiodłowa

Zefal wprowadził do sprzedaży minimalistyczną torebkę podsiodłową o nazwie Z Micro Pack. Jej pojemność to zaledwie 0,15 l. Takie maleństwo... »

Winda rowerowa

Przechowujecie rowery w domu? Albo w miejscu, gdzie miejsca jest odrobinę zbyt mało? Litewska firma Parkis dzięki swojemu wieszakowi na rowery... »

Koszulka z rowerami

Wygląda bardzo „cywilnie”, ale tak naprawdę to w stu procentach koszulka techniczna, stworzona z myślą o rowerzyście, który... »

Butelka w razie potrzeby

Kto z nas, upychając pustą butelkę po wodzie mineralnej w sakwie, nie marzył o tym, by wymyślić zwijaną – elastyczny bukłak,... »

Kolorowe błotniki

Coś dla lubiących wyróżniać się kolorem, choć niekoniecznie bić nim po oczach. Błotniki firmy SKS charakteryzują bardzo delikatne... »

poradniki

Jednoślad na czterech kołach

Jeśli znudziły się Wam już trasy w najbliższym sąsiedztwie własnego domu, być może warto pomyśleć o doposażeniu Waszego dwuśladu... »

Korespondencja >> Iran


Śladem ginących rzek

Tomasz Larczyński
Chiński Typ 69 lub 79 (weteran wojny z Irakiem) stoi przed bazą w Chakimobodzie (tuż obok lotniska)
Czy można po raz drugi wejść do tej samej rzeki? Można, pod warunkiem, że za pierwszym razem była wyschnięta. Cóż, dosłownie jednak nie wszedłem, lecz snując się nad brzegami Zajande, wpatrując się w gwiazdozbiór świateł gwarnego Isfahanu odbijający się w jej wodach, zauważyłem coś dziwnego: że czuję się w tym przedziwnym kraju – trochę, odrobinę – jak w domu.
 
To moja druga wyprawa do Iranu [o pierwszej pisałem w „Rowertourze” nr 7 (101) 2016]. Jakże inna od pierwszej… Tamta, podjęta zupełnie przypadkiem, bez większych przygotowań, w najgorszej chyba porze roku, zakończyła się wymianą zagubionego oświetlenia, narzędzi i licznika na kalejdoskop zwariowanych przygód, zahaczających chwilami o poziom slapstickowej komedii. Tym razem pojechałem ze starannie przygotowanym planem, z przyswojonymi najróżniejszymi tekstami perskiej kultury, z jakimiś podstawami języka, a także – choć raczej od tego powinienem zacząć – z mocnym wsparciem kolegi, Olka. Efekt był mało spektakularny. Zobaczyliśmy mianowicie prawie wszystko, co planowaliśmy, a wręcz jechaliśmy niemal idealnie wyznaczoną jeszcze w Polsce drogą, naniesioną na ortofotomapy Google (teraz już wiedziałem, że na porządne rodzime dzieła kartografii nie mam co liczyć). Z drugiej strony, radosną improwizację w reakcji na kolejne przeciwności świetnie się opisuje, ale – choć być może jestem w tym mniemaniu odosobniony – nie najlepiej przeżywa. Spokojnego ducha będąc, więcej staraliśmy się obserwować, dotykać, wąchać. I nie nudziliśmy się. 
Na początek przygodami przywitały nas linie Pegasus Airlines, którymi ponownie przedostaliśmy się do Teheranu z przesiadką w Konstantynopolu. W Pradze bowiem, skąd odlatywaliśmy, próbowano nas przymusić, abyśmy zapłacili za rower w dwójnasób (za każdy samolot osobno), licząc 40 euro razy dwa, co wyniosłoby już niewiele mniej niż bilet na osobę. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Tomasz Larczyński