okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

pierwszy rower
pierwszy rower
strona główna >> 8/2017 >> Śladem ginących rzek

nowości

Elektryzujące urządzenie

Adapter Busch + Muller E-Werk służy do zasilania urządzeń elektronicznych (np. GPS, smartphone) energią dostarczaną z piasty z prądnicą. Gdy... »

Ciuszki pod spód

Accent pokazał dwie damskie „potówki”: koszulki Elene Lady w wersji z krótkim lub długim rękawem zostały wykonane z... »

Restrap: Torba podsiodłowa Restrap (14 litrów)

Pochodząca z Wielkiej Brytanii (a dokładnie z Yorkshire, czym dumnie się chwali) rodzinna firma, w swych przeznaczonych do bikepackingu torbach... »

Basama: Basama Sakpak uprząż + drybag (19 litrów)

Drugi w tym numerze zestaw do bikepackingu pochodzi z Czech i składa się z dwóch osobno sprzedawanych produktów: mocowanej do... »

poradniki

Szosą w teren

Rowery typu gravel właśnie przeżywają swoje pięć minut. Będąc swoistą wariacją na temat roweru szosowego i przełajowego, mają być... »

Korespondencja >> Iran


Śladem ginących rzek

Tomasz Larczyński
Chiński Typ 69 lub 79 (weteran wojny z Irakiem) stoi przed bazą w Chakimobodzie (tuż obok lotniska)
Czy można po raz drugi wejść do tej samej rzeki? Można, pod warunkiem, że za pierwszym razem była wyschnięta. Cóż, dosłownie jednak nie wszedłem, lecz snując się nad brzegami Zajande, wpatrując się w gwiazdozbiór świateł gwarnego Isfahanu odbijający się w jej wodach, zauważyłem coś dziwnego: że czuję się w tym przedziwnym kraju – trochę, odrobinę – jak w domu.
 
To moja druga wyprawa do Iranu [o pierwszej pisałem w „Rowertourze” nr 7 (101) 2016]. Jakże inna od pierwszej… Tamta, podjęta zupełnie przypadkiem, bez większych przygotowań, w najgorszej chyba porze roku, zakończyła się wymianą zagubionego oświetlenia, narzędzi i licznika na kalejdoskop zwariowanych przygód, zahaczających chwilami o poziom slapstickowej komedii. Tym razem pojechałem ze starannie przygotowanym planem, z przyswojonymi najróżniejszymi tekstami perskiej kultury, z jakimiś podstawami języka, a także – choć raczej od tego powinienem zacząć – z mocnym wsparciem kolegi, Olka. Efekt był mało spektakularny. Zobaczyliśmy mianowicie prawie wszystko, co planowaliśmy, a wręcz jechaliśmy niemal idealnie wyznaczoną jeszcze w Polsce drogą, naniesioną na ortofotomapy Google (teraz już wiedziałem, że na porządne rodzime dzieła kartografii nie mam co liczyć). Z drugiej strony, radosną improwizację w reakcji na kolejne przeciwności świetnie się opisuje, ale – choć być może jestem w tym mniemaniu odosobniony – nie najlepiej przeżywa. Spokojnego ducha będąc, więcej staraliśmy się obserwować, dotykać, wąchać. I nie nudziliśmy się. 
Na początek przygodami przywitały nas linie Pegasus Airlines, którymi ponownie przedostaliśmy się do Teheranu z przesiadką w Konstantynopolu. W Pradze bowiem, skąd odlatywaliśmy, próbowano nas przymusić, abyśmy zapłacili za rower w dwójnasób (za każdy samolot osobno), licząc 40 euro razy dwa, co wyniosłoby już niewiele mniej niż bilet na osobę. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Tomasz Larczyński