okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2017 >> Śladem ginących rzek

nowości

Lusterko bez wibracji

Sehen to ciekawe rozwiązanie dla miejskich cyklistów. Montowane do ramki okularów minilusterko pozwala zawsze wiedzieć, co dzieje... »

Widoczna kamizelka

Próbowaliście kiedyś pokonać 100 kilometrów w kamizelce odblaskowej? Niektóre modele sprzedawane w marketach potrafią po... »

Bateria współdzielona

Australijczycy z firmy Knog postanowili przedefiniować sposób patrzenia na kwestię oświetlenia i dystrybucji energii. Ich nowy produkt pod... »

Opony na zielono

Opona rowerowa składa się z wielu różnych materiałów, jednak bieżnik jest w całości wykonany z gumy i stanowi od 70 do 80... »

Przyczepka z piórowymi resorami

Nowość w przyczepkach Qeridoo! Kidgoo, najmłodsze „dziecko” niemieckiego producenta, to przyczepka oparta na zawieszeniu zbudowanym z... »

Nerki wracają do łask

Nieodzowny atrybut każdego handlarza na bazarze w latach 90., czyli tak zwana torebka nerka, wraca do łask – producenci przygotowują modne i... »

poradniki

Mała dziura, wielki problem

Złapać gumę, kapcia lub po prostu przebić oponę. Niezależnie od nazwy skutek jest ten sam – przymusowa przerwa na naprawę. Załatanie... »

Nie daj się słocie

Jak przetrwać jesień i zimę na rowerze? Praktyczna zasada, którą kierują się doświadczeni cykliści, brzmi: na rower ubierajcie się w... »

Korespondencja >> Iran


Śladem ginących rzek

Tomasz Larczyński
Chiński Typ 69 lub 79 (weteran wojny z Irakiem) stoi przed bazą w Chakimobodzie (tuż obok lotniska)
Czy można po raz drugi wejść do tej samej rzeki? Można, pod warunkiem, że za pierwszym razem była wyschnięta. Cóż, dosłownie jednak nie wszedłem, lecz snując się nad brzegami Zajande, wpatrując się w gwiazdozbiór świateł gwarnego Isfahanu odbijający się w jej wodach, zauważyłem coś dziwnego: że czuję się w tym przedziwnym kraju – trochę, odrobinę – jak w domu.
 
To moja druga wyprawa do Iranu [o pierwszej pisałem w „Rowertourze” nr 7 (101) 2016]. Jakże inna od pierwszej… Tamta, podjęta zupełnie przypadkiem, bez większych przygotowań, w najgorszej chyba porze roku, zakończyła się wymianą zagubionego oświetlenia, narzędzi i licznika na kalejdoskop zwariowanych przygód, zahaczających chwilami o poziom slapstickowej komedii. Tym razem pojechałem ze starannie przygotowanym planem, z przyswojonymi najróżniejszymi tekstami perskiej kultury, z jakimiś podstawami języka, a także – choć raczej od tego powinienem zacząć – z mocnym wsparciem kolegi, Olka. Efekt był mało spektakularny. Zobaczyliśmy mianowicie prawie wszystko, co planowaliśmy, a wręcz jechaliśmy niemal idealnie wyznaczoną jeszcze w Polsce drogą, naniesioną na ortofotomapy Google (teraz już wiedziałem, że na porządne rodzime dzieła kartografii nie mam co liczyć). Z drugiej strony, radosną improwizację w reakcji na kolejne przeciwności świetnie się opisuje, ale – choć być może jestem w tym mniemaniu odosobniony – nie najlepiej przeżywa. Spokojnego ducha będąc, więcej staraliśmy się obserwować, dotykać, wąchać. I nie nudziliśmy się. 
Na początek przygodami przywitały nas linie Pegasus Airlines, którymi ponownie przedostaliśmy się do Teheranu z przesiadką w Konstantynopolu. W Pradze bowiem, skąd odlatywaliśmy, próbowano nas przymusić, abyśmy zapłacili za rower w dwójnasób (za każdy samolot osobno), licząc 40 euro razy dwa, co wyniosłoby już niewiele mniej niż bilet na osobę. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Tomasz Larczyński