okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12/2010 >> Wiatr rządzi w królestwie żywiołów

poradniki

Brudna robota

Zgrzyty, piski lub przeskakujący łańcuch to tylko niektóre z oznak zaniedbanego napędu. Rozwiązaniem jest zazwyczaj regularne czyszczenie... »

Wyprawa numeru >> Islandia


Wiatr rządzi w królestwie żywiołów

Michał Sitarz
Pole lawy na półwyspie Snæfellsnes, zwanym Islandią w miniaturze

Zanim zaczniecie czytać, wiedzcie jedno: Islandia nie jest dla ludzi niecierpliwych, dla rowerzystów, dla których dzień wietrzny i deszczowy to „dzień świra” i skołatanych nerwów.

Na malutkim, prawie pustym lotnisku w Keflaviku lądujemy późnym popołudniem. Islandia wita nas słoneczną pogodą, błękitnym niebem i przelotnym opadem deszczu niewiadomego pochodzenia.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów opustoszałą drogą rozbijamy namiot na rozległej równinie pokrytej miękkim mchem. Poranek jest słoneczny, powietrze bardzo łagodne, wzdłuż drogi rozciągają się pola lawy. Z premedytacją nie skręcamy w szutrowe drogi półwyspu Reykjanes, zostawimy je sobie na deser. Chcemy nieco pokręcić po asfalcie. Zobaczyć, jak sprawdzi się sprzęt i przede wszystkim zaprowiantować się solidnie na dalsze dni.
Natężenie ruchu w okolicach Reykjaviku jest spore, dopiero po zjeździe na drogę numer 39 możemy odetchnąć z ulgą: samochody znikają całkowicie, jest przepiękne, słoneczne popołudnie, na horyzoncie rysuje się morze. Nocujemy w obrębie naturalnej skalnej fortyfikacji.
Poranek jest wietrzny, pedałujemy nad brzegiem morza i patrzymy, jak ciemne chmury ustępują miejsca jaskrawemu błękitowi. Teren jest płaski, krajobrazy sielskie, może nie spektakularne, ale po prostu – pięknie tu. Pusto. Z wyjątkiem ptaków, które – kiedy tylko przejeżdżamy – wznoszą niebywały wrzask i… atakują nas. Lepiej mieć kask na głowie, bo kto wie, co może się zdarzyć. Brak nocnych ciemności (trwa dzień polarny) powoduje, że nie trzeba się nigdzie spieszyć, tym bardziej, że wieczorem główna droga pustoszeje. Namiot rozbijamy przed północą, na ciągnącym się aż po horyzont omszałym polu. W oddali widać charakterystyczne kształty archipelagu Vestmannaeyjar. Podłoże jest pokryte niezwykle drobnym pyłem wulkanicznym, który szybko pokrywa także znaczną część ekwipunku i naszych ciał. Tak, to przecież niedaleko stąd doszło do erupcji wulkanu Eyjafjallajökull, co sparaliżowało ruch lotniczy w całej Europie. Przed południem podziwiamy dwa spektakularne wodospady – Seljalandsfoss oraz Skogarfoss – na które można by patrzeć całymi godzinami.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”

 



Zdjęcie: Aleksandra Nikitin, Michał Sitarz